Bez kategorii

Moje początki z jogą

20160108_204145[1]
To ja,
20160108_203134[1]
a to moja Miśka.
Jogą zaczęłam się interesować w tym samym momencie, w którym zetknęłam się z buddyzmem, ale tego wątku nie będę rozwijać na swoim blogu. W każdym bądź razie, to było lata świetlne temu, kiedy to w mojej mieścinie nie było nawet siłowni,  a o zajęciach z jogi można było co najwyżej pomarz.  Z pomocą przyszedł mi Lidl. Ja naprawdę nie reklamuję tego sklepu, to był praktycznie jeden z pierwszych większych sklepów w moim pipidówku, a że miałam go po drodze do swojego domu, a konkretnie do swojego pierwszego własnego mieszkania, więc mój sentyment jest chyba zrozumiały.  W tym właśnie sklepie natknęłam się na płyty DVD z ćwiczeniami jogi za całe 9,90. To były moje dywanikowe początki.

Po kilku miesiącach, drogą pantoflową dotarła do mnie informacja, że w mieście są zajęcia z jogi. To było dosłownie TOP SECRET , bo odbywało się w liceum i uczęszczały tam same nauczycielki (wiecie o co mi chodzi 😉 ). Jakież było zdziwienie pani dyrektor, gdy bezczelnie do niej zadzwoniłam żądając wyjawienia owej tajemnicy, wiła się , kręciła ale dopięłam swojego i dzielnie stawiłam się na zajęciach. Prowadzącym był w moim ówczesnym mniemaniu staruszek (koło 60). Przyjeżdżał dwa razy w tygodniu rowerem z innego miasta 27 km w jedną stronę, a same zajęcia trwały 1,5 h, dodam tylko, że ani siebie ani nas nie oszczędzał. Facet był niesamowity, równiusieńko opalony na czekoladę (podejrzewałam, czy tez byłam pewna że opalał się nago), ćwiczył w takich szerokich badejkach, które pamiętały pewnie jego czasy licealne  i przez całe zajęcia bałam się,  że podczas asan wymagających stania na głowie itd. wyskoczy mu co nieco z tych gatek. Na szczęście nie wyskoczyło, bo miałabym traumę do dziś. . Ufff. Uczęszczałam na zajęcia kilka miesięcy, byłam już na etapie „Kruka”.

krukO,  takie właśnie cuda, ale poznałam Miśka, potem była mała Miśka w drodze, więc została mi joga dla kobiet w ciąży znowu na domowym dywaniku. Co mi dało te kilka miesięcy? Po porodzie przychodziły do mnie wycieczki złożone z damskiego personelu szpitala oglądać mój brzuch, ponieważ nie było po nim śladu po kilku godzinach.  Oczywiście skóra była ciut luźniejsza, ale brzuch płaski, a wcale nie miałam 6paka na brzuchu przed ciążą, po prostu miałam mocne mięśnie, z kolei w samej ciąży przytyłam 18 kg , co było dla mnie katastrofą mimo moich 174 cm wzrostu, ale w szpitalu okazało się na około 30 rodzących w tym samym czasie to było najmniej, wszystkie babki tyły po 25-30 kg! Doszłam całkowicie do siebie (czyli wcisnęłam się w swoje przed ciążowe bezlajkrowe jeansy po miesiącu, a po 4 leżały już idealnie, i wcale nie było to zasługa karmienia piersią, bo z przyczyn niezależnych ode mnie karmiłam tylko 2 tygodnie.

Od tego czasu Miśka urosła i ja też. Niestety, siedzący tryb mojej pracy zrobił swoje. Zawsze coś robiłam, w sensie ćwiczeń, przerabiałam nawet Chodakowską, mam za pewnie wszystkie jej płyty, które w sumie są rewelacyjne, ale mnie strasznie to nudzi, liczenie powtórzeń i czekanie, aż nareszcie Ona skończy.  Od  ponad roku  biegam, ale ta forma ruchu jest dla mnie raczej dla dotlenienia i zmęczenia moich Dziewczyn. Od kilku miesięcy zbierałam się w sobie, aby wrócić do jogi. Szukałam czegoś na DVD od podstaw i dokładnie wytłumaczonego, bo byłam przekonana, że wszystko co w jodze sobie wypracowałam straciłam i zapomniałam. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało,  że te podstawy są dla mnie za łatwe, że po 5 sesjach ciało sobie przypomina wszystko, jasne że ciut się opiera, ale już są postępy. Jak widać zaraziłam do tego Miśkę, ma dzieciak z tego frajdę jak po raz kolejny spadam z piłki, albo jak kloc wychodzę z pozycji stania na głowie (niech się cieszy, pogadamy jak będzie w moim wieku, co nie?). Jest dobrze, a będzie znacznie lepiej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.